- Dziś mieliśmy dużo szczęćcia...
-Racja, jutro może nam go zabraknąć. Masz coś jeszcze do jedzenia?
- Ostatni kawałek. Nigdy nie lubiłem spleśniałego chleba - nie pomyślałbym że teraz może to być przysmak. Masz. Smacznego.
-Nie dobijaj mnie Daric.
Obaj młodzi rycerze z niesmakiem przeżuwali kawałki, zielonej już, strawy.
Tydzień temu minął rok odkąd armia chaosu najechała Królestwo Morad.
Kazell - demon a zarazem przywódca chaotów - nie brał jeńców. Nie widział różnicy między cywilem a rycerzem. Wszystkich ścinał równo. Na wysokości głowy.
Chaos bardzo szybko posuwał się w głąb królestwa. Po tygodniu przeszedł przez całą długość granicy a już po 4 miesiącach posuną się głęboko w głąb kraju. Piątego miesiąca dotarł do stolicy Morad - Kazateą zwaną.
I tu się zatrzymał. A to dla tego że leżała ona w paśmie górskim który przecinał Królestwo wzdłuż. Było to jedyne przejście na drugą stonę gór, a zarazem do reszty Królestwa. Ponadto po pięciu miesiącach wojny nawet niedoświadczeni dowódcy którym dane było przeżyć nauczyli się sztuki wojennej. Dzięki temu udało się zatrzymać tu armię chaosu aż 7 miesięcy.
Przez 6 miesięcy Kazell próbował na różne sposoby wejść do miasta. 6 miesięcy oblężenia potęgowało tylko irytacje demona. Jednak chaosom udało się w końcu dostać do miasta dzięki "wszczepieniu" zarazy do stolicy.
Niszczyła żywność, zatruwała wodę, zabierała ze sobą ludzi. Obrona Kazatei stała się daremna. Coraz więcej dzielnic było obejmowane kwarantanną. Oddziały obrońców musiały się wycofywać pod naporem chaotów. To był najcięższy miesiąc wojny dla obrońców Morad. Iskrą nadziei okazała się wiadomość od uczononych którzy przez cały czas szukali w swych księgach lekarstwa na zarazę. Były nim kwiaty Rozetki rosnące na wyspie Maldun.
Król Morad bezzwłocznie zwołał naradę na której zadecydowano wysłanie czterech generałów którzy mieli wyruszyć po lekarstwo. Tak i też się stało. Czterej bohaterowie i powierzone im oddziały wymknęły się górskim przesmykiem i jeszcze tego samego dnia doszli do - teraz już o[small][/small]pustoszałego- portowego miasteczka. Zajęli cztery statki i obrali kurs wyspy Maldun.
Cień rogatego demona sunął po ścianie lochów zamku Kar'den.
Kazell wszedł do brudnego kazamatu i odłożył pochodnie na przyściennym haku. Pochylił się nad czterema nagimi i brudnymi chłopami. Z ich pleców ściekała jeszcze krew po batach a twarze nie wyglądały teraz niewiele lepiej jak plecy.
-To jak -Sapnął cicho Kazell- będziecie teraz bardziej skorzy do rozmowy czy Rod ma znowu zapoznać was ze swoim batem?
Ludzie milczeli. Nie wiadomo czy z honoru czy ze strachu.
-Rod, chyba nasi goście chcą ....- niski ork swoim wejściem do lochu, przerwał Kazellowi.
-Skoro już mi przerwałeś mów, co chciałeś?
-Najpotężniejszy Panie. Przynoszę wieści od generała Jarvisa Dranic'a. Polecił mi przekazać, że król Morad odkrył gdzie może się znajdować lekarstwo na naszą zarazę. Już wysłał po nie swój oddział.
-Mmmm...- Brwi demona skrzyżowały się- A gdzie teraz jest nasz Dranic?
-Jest z nimi panie. Ma ze sobą już naszych ludzi. Ale sam sobie nie poradzi.
-Ha! Ten Dranic jest coraz bardziej przydatny.
Dobrze. Wyśle mu posiłki. Ludzie nie mogą stać się w posiadaniu tego leku.
Wiesz w którą stronę zmierzają?
- Tak o panie.
-Świetnie. Chod¼my do mojej sali , tam mi wszystko objaśnisz...
Edytowane przez Jarvis dnia 03-02-2009 20:47