...minęło wiele dni od czasu gdy nasze oczy oświetlało wiosenne słońce, zbyt wiele... Jednak rozkaz jaki otrzymaliśmy mówił jasno "Ruszyć w pogoń za szpiegiem, dopaść i w razie możliwości przyprowadzić żywcem przed oblicze króla".
- Jak dla mnie to Ci na górze już przyrośli tymi tłustymi zadami do tych wielkich ław, które bez przerwy grzeją. Kto to wymyślił, żeby za szpiegiem z obstawą wysyłać nas, raptem trójkę elfów nadal w trakcie szkolenia, na tak poważną misję... W dodatku pod ziemię! Pod ziemię! To jest całkowicie pozbawione sensu!
- Może i masz rację Laureladzie, ale nie zwykliśmy dyskutować na temat rozkazów, więc i ten wykonamy... Zresztą, nie mamy innej możliwości.
- Bredzisz Alindelu, ślepe posłuszeństwo rozkazom nigdy niczego dobrego nie przyniosło, mamy do dyspozycji tylko i wyłącznie mniejsze zło. Chociaż tak myślę, co w takim wypadku by było tym "mniejszym" złem...
- Zamilknijcie! - syknęła Amia - słyszę szybkie kroki... Jeśli zaczniecie z równie dużym zapałem pracować nogami co językiem, to w ciągu kilku godzin będziemy mogli zacząć wracać do miasta.
Mimo tego, iż elfka była o dwie głowy niższa od swoich kompanów wśród rekrutów starego Galrasa znacznie przewyższała resztę pod każdym względem. Z tego też powodu ani Laurelad ani Alindel nie śmieli się przeciwstawić temu czego ona od nich wymagała. Choć bez entuzjazmu to jednak z niemalże poddańczym posłuszeństwem podążyli za nią przyspieszając kroku.
Nie minęło wiele czasu gdy za zakrętami mogli już dostrzec cienie uciekających z wielką prędkością pięciu, może siedmiu postaci. Amia szybko oceniła szanse ich trójki... "Niezbyt duże..." powiedziała do siebie niesłyszalnym dla nikogo szeptem. W głowie przywoływała obrazy ze szkolenia gwardii pałacowej, w którym zdarzyło jej się kilkukrotnie uczestniczyć.
- Alindel! Za pięć kilometrów zakręt w prawo, biegniesz do końca i ustawiasz się z łukiem na krańcu ścieżki tuż przy przepaści, osłaniasz nas! - rzuciła nie odwracając głowy. - Laurelad! Szykuj włócznię! Jedyna nasza szansa to nagły atak, celuj w tego wielkiego orka po prawej! Prosto w kark, tam nie ma pancerza...
Omiotła tylko wzrokiem jak wyciąga włócznie i wyszukuje miejsce, o którym mu powiedziała, sama zaś sięgnęła po dwa długie miecze przytroczone do jej pleców na grubych rzemiennych pasach. Dała sygnał towarzyszowi, żeby jeszcze przyspieszył, do tego ich szkolono, grupa pościgowa, najmłodsza w historii leśnego ludu.
Jeszcze kilka kroków i pędzące ile sił w nogach elfy już szybowały z gracją na spotkanie z przeciwnikiem, już tylko kilka metrów... "Nie ma odwrotu..." przeleciało przez głowę Laurelada, dla Amii czas się zatrzymał. Przez tą jedną sekundę spojrzała na tą scenę z każdego możliwego kąta i jakkolwiek nie patrzyła potrafiła jedynie dostrzec komizm tej sceny. Dwa małe elfy rzucające się na grupę orków, trenowanych aby zabijać bez litości. Dwa małe elfy w za dużych, naprędce przerabianych zbrojach. Dwa małe elfy uzbrojone w zbyt dorosłą broń. Dwa małe elfy, tak kruche, tak naprawdę jeszcze dzieci.
Jednak nie to się teraz liczyło, miała misję, oni mieli misję. Dostali rozkaz! Rozkaz, który wykonają bez wahania i za wszelką cenę. Nagłe przywrócenie biegu czasu eksplodowało wokół masą d?więku i ruchu, ale oni byli gotowi. Laurelad wskoczył na plecy wielkiego orka i bez namysłu wbił włócznię głęboko w jego ciało, Amia także nie poddała się ogarniającym ją wątpliwościom, odbijając się od ściany przeskoczyła przed uciekających szpiegów, a nagły skok z powrotem do tyłu z wyciągniętymi na boki mieczami przyniósł w efekcie rozpłatane na pół dwa kolejne orki. "Trzy z głowy, zostały trzy... Alindel..." w tym momencie dwa kolejne ciała, tym razem z wystającymi z między oczu strzałami, zwaliły się na ziemię, został jeden...
Ostatni przeciwnik był dwa razy większy od tych, których zabili, zatrzymał się spokojnie i obnażył w krzywym uśmiechu pożółkłe, po części połamane, ale diabelsko ostre kły.
- Hie! Hie! Hie! - szyderczy śmiech rozniósł się po korytarzach - Czyżby to była ostatnia nadzieja stolicy elfów? Czyżby królowej Eldirinie skończyli się wojownicy, że posyła do walki dzieci?
- Nami się nie przejmuj! Stań do walki jeśli nie straciłeś odwagi! - krzyknął dobiegając do reszty Alindel.
- Skoro tak bardzo tego chcecie, to ja wam nie odmówię! - Ork machnął potężną ręką trafiając w sufit. Ze stropu poczęły się obłupywać odłamki skał, bez litości ostre krawędzie przecinały delikatną skórę elfów - No co jest dzieci? Nie chcecie się już bawić? Bo ja się dopiero rozkręcam! Haha hahaha hahaha ha ha! - drwił ork.
Grupa pościgowa stała się teraz zabawkami w rękach tego potężnego monstra. Amia widziała tylko jedno rozwiązanie, tak samo niebezpieczne jak i potencjalnie skuteczne. Sięgnęła do pierścienia gwardii królewskiej jaki dostaje każdy kadet, po czym z niezwykłą ostrożnością wyciągnęła osadzony tam rubin. - Alindel! Laurelad! Pierścienie! - wiedzieli co to oznacza.. Niewyszkolona czarownica chce praktykować magię, jednak żaden nie potrafił znale?ć lepszego rozwiązania. Alindel szybko podał Amii turkus ze swojego pierścienia, a w jego ślady do jej rąk trafił ametyst Laurelada. Spojrzała na nich obu wzrokiem oznaczającym "?yczcie mi szczęścia" po czym w pradawnej mowie zaczęła wypowiadać zaklęcie. Oni zaś odciągali uwagę orka od niej.
Po kilku chwilach klejnoty rozbłysły intensywnym, ciepłym światłem, a nad głową Amii zaczęła się szybko tworzyć kula ognia. Temperatura powietrza błyskawicznie wzrosła, elfom było coraz trudniej oddychać.
"Idealna koncentracja, tylko to może utrzymać czar w stabilności" Amia powtarzała jak mantrę słowa Galrasa "Jeśli stracicie koncentrację magia się rozproszy, a czar w najgorszym razie uderzy w was samych".
- Pomóżcie mi! Jak podniosę rubin w górę, wrzucicie swoje klejnoty do kuli ognia! - uniosła ręce ku górze wrzucając rubin do kuli, zaraz za nim ogień pochłonął turkus i ametyst. "Teraz albo nigdy". Amia niemalże przypłaciła życiem poziom koncentracji jaki osiągnął jej umysł starając się utrzymać kulę w stabilności. Jednak już nie było takiej potrzeby. Cisnęła ładunkiem magicznego ognia wzmocnionego magią klejnotów w szarżującego orka.
Oślepiający błysk i ogłuszający huk, tylko tak można było opisać to co nastąpiło. Jednak ork leżał u ich stóp, a raczej leżał wszędzie gdyż siła eksplozji rozerwała go na dziesiątki kawałków.
- Przyprowadzić... - zaczęła Amia wpatrując się w szczątki orka.
- ...w miarę możliwości żywego... - dodał Alindel.
- ...lub martwego - skończył Laurelad.