W dawnych królestw czasie narodzony,
z miłości dwóch elfów dla świata stworzony.
Wyśpiewany z drzewa pieśnią gorącą,
oczy otworzył na łące kwieciem pachnącą.
W czystym spojrzeniu błękit nieba odbity,
na plecach płaszcz złotą wełną podszyty.
We włosach tańczył mu wiatr zawzięcie,
a on tańczył z nim rozłożywszy ręce.
Na łące wśród kwiatów zgubił swe serce,
oddał część siebie tej ziemi w podzięce.
Za życie, które mu pozwoliła rozpocząć,
w krainie gdzie słońce powraca odpocząć.
I tańczyłby z wiatrem, aż do końca świata,
gdyby nie ta złośliwa krowa łaciata.
Z której powodu zdarzył mu się wypadek,
gdy w pełnym biegu trafiła go w zadek.
Podniósł się z ziemi, swe wdzianko otrzepał,
podszedł do krowy, po głowie poklepał.
Nie czuł jednak do niej ani krzty złości,
zrobiła to patrząc jak tańczy, z zazdrości.