...A zdradzonych zostanie ośmiu przez czwartego, którego nie będzie wśród nich... ~Cytat z Przypowieści Elestesar
Mewy z rozpędem wzleciały w powietrze, gdy katedralny dzwon rozbrzmiał wśród fal. Gabriel wstał z kamienistego zbocza klifu. Reszta braci ruszyła już ostrożnym biegiem w kierunku katedry. Gdy zejdą z ostrych skał, pewnie popędzą jak ścigani przez psy. Ojciec Hubberon był dość młody, jak na Starszego. Liczył sobie coś ponad czterdziestkę i miał bujne, czarne włosy, które zazwyczaj były brudne. Nosił na sobie wyliniałą, niebieską szatę, a pod nią ciężką kamizelkę, która skrywała niezliczoną ilość dziur. Młodszym braciom wmawialiśmy, że są one wynikiem walki Hubberona z krasnoludami. Z otwartymi ustami słuchali, jak krasnoluddzy strzelcy przeszywali swoimi żelaznymi kulami pierś Starszego, który mimo to szedł naprzód, zabijając ich swoimi klątwami. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy nic pewnego o dziurach w kamizelce Ojca. Stanowiska w bractwach były proste do zapamiętania. Najważniejszy był Starszy Nekromanta, który dowodził wszystkim i wszystkimi. Najliczniejszą część bractwa stanowili Nekromanci, nazywani również Ojcami. Gdy któryś z nich osiągnął już poziom ekspercki, wówczas zostawał Starszym. Starsi mogli zastąpić Starszego Nekromantę, gdy ten umarł. My byliśmy uczniami. Mięliśmy dorosnąć do roli Nekromantów. Hubberon uczył nas wskrzeszać umarłych. Było to główne zajęcie nekromantów, którymi w przyszłości mięliśmy się stać. Zajęcia z nim były bardzo rygorystyczne i wiele czasu zajmowaliśmy się praktyką. Zdarzało się, że nawet nowi adepci musieli w swoim pierwszym dniu wskrzesić jakąś istotę- zwykle królika. Króliki były łagodne, nawet po śmierci. Gdy któremuś z nas coś się nie udawało, Starszy nas karał. Jego kary były gorsze od kar wymierzanych nam przez innych Ojców. Okładał nas swoim drewnianym, starym kosturem przy reszcie braci, aż nie opadliśmy z sił. Wtedy odsyłano nas do pokoju medycznego, choć między sobą nazywaliśmy to pomieszczenie krematorium. Naszym medykiem była kobieta, gruba Beth, która pełniła też funkcję kucharki i sprzątaczki, a do wszystkich swoich obowiązków przykładała się równie mocno- nijak. Prawdę mówiąc, nawet Ojcowie musieli przyznać, że Beth znalazła się tu czystym przypadkiem. Ponad pięćdziesiąt lat temu nasze bractwo, Bractwo Czerwonego Lisza, przypuściło atak na jedną z krasnoludzkich karawan. Krasnoludzi ci okazali się handlarzami niewolników, a wśród nich znalazła się Beth, która była za stara, by wysłać ją do żeńskiej szkoły czarno magicznej. Bracia uznali jednak, że nie trzeba jej zabijać. Została przywieziona do bractwa, gdzie gwałcono ją przez kilka tygodni, póki nie odkrył tego Starszy Nekromanta. Dziewczyna miała stracić życie nazajutrz rano, a jej gwałciciele mięli zostać pociągnięci do odpowiedzialności, jednak Beth wstawiła się za nimi. Nie należała do dumnych panienek, które tak często widywaliśmy. Nie patrzyła na nas z pogardą i nienawiścią. Czasem debatowaliśmy, że jest nieco przygłupia. Beth zaczęła pracę na rzecz bractwa i baraszkowała z nami, dopóki nie zrobiła się za stara i za gruba. Zyskała sobie dobre zdanie wśród nas i choć nie była dopuszczana do publicznych dyskusji, jej pozycja tutaj stała się niepodważalna. Katedralny dzwon zwiastował popołudniową lekcję z Hubberonem. Już po chwili zjawiliśmy się w parach przed drzwiami do sali wskrzeszeń. Woń płynu do balsamowania, starych bandaży i tytoniu rozchodził się po całych katakumbach. Było nas wszystkich siedmioro, byliśmy w różnym wieku. W naszym bractwie zajęcia były bardzo indywidualne, choć za każdym razem każdy dostawał to samo zadanie. Udawało nam się z różnym skutkiem, po czym Hubberon chodził po sali i pokazywał nam, czego mamy się nauczyć. Miało to też swoje plusy. Starsi bracia tłumaczyli młodszym to, czego nie zrozumieli podczas zajęć. Na samym przodzie stali Lucius i Agryppa, dwaj najzdolniejsi bracia. Lucius liczył sobie szesnaście lat i był dość niski. Miał tłuste, czarne włosy, które przylegały do czaszki. Jako jedyny nie nosił szaty, tylko gruby, szary sweter i brzydki, czerwony krawat. Nikt jednak się z niego nie śmiał. Swoje ubranie dostał od ojca, który wciąż żył i był jednym z braci gdzieś na dalekiej północy. Nasi ojcowie nie byli nekromantami, trafiliśmy tu z sierocińca. Agryppa był z nas najwyższy, najstarszy i chyba najbrzydszy. Miał rude, krótkie włosy, odstające uszy, wiecznie czerwony nos, masę piegów i pryszczy. Jego szata była za krótka i często widzieliśmy jego porośnięte włosami kostki. Miał dziewiętnaście lat i chyba tylko ten wiek sprawiał, że był od nas lepszy. Na lekcjach często widzieliśmy, jak panikuje, gdy zrobi coś nie tak, jak trzeba. Kolejną parą uczniów byli Mały Knut i Elefiasz. Mały Knut był karłem. Kiedyś nazywaliśmy go Kikutem, jednak wszyscy zaprzestaliśmy tego, gdy dwa lata temu ktoś przyłapał go na próbie samobójczej. Wszystko skończyło się długą rozmową ze Starszym Nekromantą, a potem Hubberon wyciągnął swój kostur i dał porządne lanie każdemu z nas. Przestraszyliśmy się wtedy. Elefiasz nie należał do naszej gromadki. Był ulubieńcem Hubberona i miał na plecach coś na kształt garbu. Zazwyczaj cuchnęło od niego czosnkiem. Gdy cała akcja z Małym Knutem już przycichła, Elefiasz jeszcze długi czas nabijał się z niego. Dlaczego? Nie wiedzieliśmy. Nikomu z nas nie podobało się, gdy podchodził do nas i szydził z reszty braci. Często podburzał nas do walki między sobą. Mały Knut podpadł kiedyś Hubberonowi, więc ten przydzielił go do pary właśnie z Elefiaszem. Współczuliśmy mu. Ostatnia para składała się z Gabriela i Lajserga. Oboje bardzo się przyjaźnili i mięli po tyle samo lat, piętnaście. Gabriel nosił najczystsze szaty, miał średniej długości, blond włosy i niebieskie oczy. Wielu z nas sądziło, że ma korzenie gdzieś w arystokracji z samego Weldyn. Był bardzo milczący i widzieliśmy w nim pewną pasję, gdy siedząc na klifie oglądał pieniące się morze. Mawiał wtedy: Widzicie te białe fale? Gdzieś za tym wszystkim jest nasz stary dom, stara wyspa z której pochodzą wszyscy ludzie z Wesnoth. Nie wiedzieliśmy, o co mu wówczas chodzi. Nasz przyjaciel był zagadką. Lajserg był naszym niemianowanym przywódcą. Miał długie, czarne włosy, co było bardzo modne wśród nekromantów. Podziwialiśmy go za jego potencjał i zdolność szybkiego myślenia. Gdy któryś z nas miał problemy, najlepsze rozwiązanie proponował zawsze on. Prócz tego był też umięśniony. Czasem walczyliśmy ze sobą dla zabawy i wówczas każdy z nas mógł się przekonać, że ciało Lajserga jest twarde jak głaz. Każdy z nas był o to zazdrosny, choć nikt nigdy by się do tego nie przyznał. Drzwi do sali wskrzeszeń otwarły się z hukiem, a my zmarszczyliśmy nosy. Zapach piołunu, sfermentowanych cytrusów i szczurzych szczyn... Wszyscy wiedzieliśmy, co to oznacza. Najmłodsi z nekromantów opowiadali nam o tym dziesiątki razy. Czekały nas egzaminy.
Rozdział Drugi
...i wtedy dodajesz trochę piołunu. Nie, czekaj... To była kolendra...
~Agryppa
Zapach był najintensywniejszym, jaki było nam dane czuć. Ruszyliśmy do sali pełni wahania i obawy. Wśród naszych starszych kolegów krążyła masa historii o uczniach, którzy nie zdali egzaminów i posłużyli za szkielety w jeden z sal katakumb. Tak naprawdę nigdy nie widzieliśmy jeszcze poruszającego się, walczącego szkieletu. Nasza katedra była umiejscowiona na północ od Wielkiej Rzeki. Siły Królestwa nie zapuszczały się tutaj bez potrzeby, a brak wiosek w okolicy zaowocował całkowitym brakiem orków w tych rejonach. Nie było więc potrzeby mieć takich wartowników.
Naprzeciw wejścia, na niewielkim wzniesieniu, widniał ołtarz Hubberona. Wszyscy tak nazywali stół, na którym pokazywał nam różne ćwiczenia. Chyba dlatego, że lubił on przynosić żywe zwierzęta, skręcać im kark i dopiero wtedy przechodzić do zajęć. Wyglądało to jak składanie ofiary.
Dzisiejszego dnia na ołtarzu nie było żadnej klatki z wiewiórką, czy mewą. Był za to gruby zeszyt z pożółkłymi kartkami i dziesiątki małych fiolek. Nasz nauczyciel rzadko cokolwiek zapisywał. Na naszych stołach także nie było zwierząt, ani nawet zwłok. Znajdowały się na nich grube, kamienne misy grzewcze wypełnione rozgrzanymi do czerwoności węgielkami. Obok nich widniały kociołki, dzbany z wodą i rękawiczki (w wielu miejscach dziurawe i osmolone).
Hubberon wszedł do klasy bocznym wejściem. Zauważyliśmy, że nie stękał pod nosem, ani nie klął. Czyżby był to dobry omen? Nie wiedzieliśmy. Ustawił się za swoim ołtarzem i spojrzał na nas chłodno.
- Witajcie na egzaminach -oświadczył grobowym głosem Starszy, a my ustawiliśmy się przy swoich stołach.- Po kilku latach nauki dowiemy się, czy zasłużyliście na kolejny etap edukacji, czy też znajdziemy dla was odpowiedniejsze zastosowanie.
Zapadła chwila ciszy. Elefiasz mlasnął kilka razy i strzelił palcami. Po jego brudnym karku popłynęła kropla potu. Lucius w tym czasie nerwowo poprawił grzywkę, sypiąc przy tym do misy grzewczej kilkanaście ziarenek łupieżu.
- Jak zapewne większość z was zauważyła -tu Hubberon spojrzał z pogardą na Małego Knuta, który ledwo sięgał głową poza blat stołu- nie będziemy dzisiaj wskrzeszać umarłych. Zajmiemy się gotowaniem roztworu Powielonego Plugastwa.
Kolejna chwila ciszy przyniosła ze sobą napad chłodnej paniki. Przez ostatnie trzy tygodnie nie mięli do czynienia z gotowaniem eliksirów, a jednak Starszy wybrał właśnie tę dziedzinę. Sam roztwór także nie należał do najłatwiejszych. Sprawiał on, że ghule i inne tego typu ohydztwa pączkowały i możliwe było wyhodowanie nowego osobnika. Receptura była bardzo złożona, a ugotowanie go zajmowało około trzech godzin i wymagało wielkiego skupienia.
- Na moim stole znajdują się wszystkie składniki, których będziecie potrzebować. Dla zmylenia was, jest też kilkanaście składników, których użycie natychmiast wykluczy was z egzaminu. Nie możecie się komunikować, ani sobie pomagać. To także was wykluczy. Są jakieś pytania?
Nikt nie odpowiedział. Wiedzieliśmy, że zadawanie pytań wkurzy Hubberona, a w konsekwencji utrudni nam on całe zadanie. Spojrzeliśmy po sobie. Najlepiej trzymał się Gabriel. O ile wywoływanie duchów i wskrzeszanie zmarłych nie szło mu zbyt dobrze, eliksiry były jego mocną stroną. Czasami kończył zajęcia pół godziny przed czasem i znajdowaliśmy go wtedy siedzącego na klifie.
Starszy ogłosił rozpoczęcie zadania, a my ruszyliśmy do ołtarza jak skazańcy. Czytaliśmy opisy na fiolkach i niepewnie chowaliśmy je w dłoniach. Każdy zerkał oczywiście na ruchy Gabriela, który czujnym wzrokiem wypatrywał poszczególnych mikstur i zanosił je do stolika. Ociągaliśmy się, ile mogliśmy.
Mimo braku wiary w siebie, Luciusowi także nie szło najgorzej. Dukał on pod nosem nazwy potrzebnych mikstur i ostrożnie wlewał je do kociołka, który wcześniej napełnił wodą. Dopiero po kilku czynnościach ustawił go na ogniu.
Lajserg wzruszył ramionami, zdając się na łaskę losu i urywki wiedzy, które miał w głowie. Nieco lepiej radził sobie Agryppa, który sprawnie dodawał składniki i mieszał w kociołku. Mały Knut przeklinał pod nosem, próbując dosięgnąć do najbardziej oddalonej od brzegu ołtarza fiolki. Myśleliśmy, że ulituje się nad nim Elefiasz, który też podchodził po jakiś składnik. Ten jednak tylko wyciągnął rękę w stronę danej fiolki i zabrał całkiem inny składnik, mając na twarzy przyklejony, ohydny uśmiech. Hubberon także nie kwapił się, by pomóc karłowi.
Ostatecznie wybawieniem dla Małego Knuta okazał się Lajserg, który przy okazji mocno szturchnął Elefiasza w ramię, gdy ten wracał do stolika.
- Żadnych przepychanek w trakcie egzaminu! -warknął rozzłoszczony Starszy.
Pracowaliśmy już drugą godzinę, a kropelki naszego potu kapały do kociołka. Na szczęście nikt nie sięgnął po zakazane fiolki i składniki, za co mogliśmy dziękować Gabrielowi (gdy stał przy ołtarzu, delikatnie oddalał je od siebie). Wprawdzie nasze mikstury nie były jeszcze gotowe, ale większość z nich mogła przynieść oczekiwany efekt. Był to atut alchemii: jeden eliksir można było uzyskać z różnych składników, na tysiące sposób. Były też składniki, które neutralizowały różne efekty bądź wzmacniały je. Często ich używaliśmy.
- Zostało wam jeszcze kilka minut -oznajmił lodowatym głosem Hubberon.
Wszyscy spojrzeliśmy po sobie, mając na twarzach uśmiechy ulgi. Wszyscy, prócz jednego. Agryppa nerwowo wpatrywał się w swój eliksir, który zaczął nagle zmieniać barwę. Coś poszło nie tak. Grube krople potu spływały po jego twarzy, a wzrok stawał się rozbiegany. Był to zły znak, już dawno nauczyliśmy się, że strata koncentracji i opanowania przynosi przykre konsekwencje. Elefiasz uśmiechał się obrzydliwie.
Agryppa podbiegł do ołtarza i zabrał z niego kurzą nóżkę. Oczy Hubberona błysnęły w półmroku, a my wstrzymaliśmy oddechy. Nasz przyjaciel chyba to zauważył, gdy przybiegł do swojego stołu, bo dłuższą chwilę stał w milczeniu, jedną ręką mieszając wywar, a w drugiej ściskając zakazany składnik. Wszyscy się w niego wpatrywali.
- Czas właśnie się kończy... -z zamyślenia wyrwał nas głos Starszego, który leniwie rozciągnął się, biorąc do ręki dziennik. Zaraz po tych słowach usłyszeliśmy plusk, gdy Agryppa wrzucił do kociołka zakazany składnik.
...szyjesz, nawet jak się rzuca. A jak rzuca się mocno, to pasami go przypnij do stołu...
~Beth
Zdaliśmy. Wszyscy, prócz Agryppy. Starszy kazał nam wyjść z sali wskrzeszeń, a jemu zostać na rozmowę. Zawołał też Elefiasza, który miał pobiec po Starszego Nekromantę. Sądziliśmy, że Agryppa niebawem odejdzie z tego świata, a my, jako nieco wyżsi już statusem uczniowie, będziemy raz po raz wskrzeszać jego martwe ciało. Nie widzieliśmy go cały dzień, a po wieczerzy nie zastaliśmy go we wspólnej sypialni.
Wspólna sypialnia była dużym, okrągłym pokojem, po brzegi wypełnionym brudnymi dywanami i prześcieradłami. Sypiali tu wszyscy uczniowie, choć obecnie było nas tylko pięciu, nie licząc Agryppy. Wystarczyło, by ktokolwiek oparł się o stertę starych poduszek, a cała komnata wypełniała się kurzem i stęchlizną. Był to swego rodzaju magazyn wszystkich rzeczy, które nie nadawały się już na sprzedaż, ani odłożenie do innych magazynów. Nie wiedzieć czemu, w całej komnacie nie było ani jednego drewnianego miecza, czy choćby kilku podniszczonych kart do gry. Żadnych zabawek dla chłopców, jednak mnóstwo brzydkich, pokrytych pajęczynami lalek. Pewnego dnia Mały Knut obudził nas krzykiem, po czym oznajmił, że lalki pełzły do niego po podłodze. Zmoczył wtedy łóżko i był to pierwszy raz, kiedy Beth wyprała naszą pościel. Po tym czasie któryś z nas regularnie obsikiwał swoje łóżku.
Zebraliśmy się wszyscy na łóżku Luciusa. Było największe, małżeńskie. Nasze łóżka były różne, niektóre dwupiętrowe, inne chybotliwe. Niekiedy zamienialiśmy się nimi.
- Mówię wam... Jego tam zabrali -rzucił Lucius, pokazując grubym palcem w dół.- Do katakumb, gdzieś tam niżej. Zabiją go, a Hubberon zje jego duszę.
Przytaknęliśmy zgodnie. Była to poważna, męska rozmowa. Wszystkie poważne, męskie rozmowy odbywały się u nas w atmosferze ciszy. Nikt też nie dokładał drewna do kominka, przez co robiło się jedynie ciemniej. Zaduch i temperatura utrzymywały się tutaj zawsze, może przez jakieś zaklęcie, a może przez zaryglowane i wiecznie brudne okna, które nie dopuszczały ani powietrza, ani słońca.
- Myślicie, że powinniśmy coś zrobić? -spytał po chwili Gabriel, rozglądając się po wszystkich.- Może udałoby nam się go jakoś uratować... Może Starsi go jeszcze nie zabili, tylko torturują?
Elefiasz prychnął z pogardą. Jako jedyny nie siedział na łóżku, tylko opierał się leniwie o najgrubszą, największą poduchę w komnacie.
- Niby jak chcecie go uwolnić? I czemu ktoś miałby go torturować? Założę się, że Hubberon już go zadźgał... -chłopiec zaśmiał się ochryple.
- Przestań! -wrzasnął na niego Lajserg.
- Na pewno wydłubuje sobie jego kosteczki spomiędzy zębów...
- Zawrzyj pysk!
Lajserg już miał rzucić się na chłopaka, jednak odciągnął go Gabriel.
- Przestań... -powiedział zmęczonym głosem, po czym spojrzał z pogardą na Elefiasza.- Nie jest tego wart.
Następnego dnia również nie zobaczyliśmy Agryppy. Po śniadania jak zwykle udaliśmy się do sali wskrzeszeń na poranne zajęcia. Ku naszemu zdziwieniu nie przywitał nas Hubberon...
Chłopak miał około dwudziestki. Nosił na sobie długie do kostek, czarne szaty. Jedwabne i bardzo czyste. Równie czystym i porządnym, czarnym sznurem przepasał ją w biodrach. Jego rękawy były tak długie, że często musiał podwijać je do łokci, choć nawet ten gest był pełen gracji i majestatu. Na piersi nosił ciężki, drogi amulet z kwarcu. Najbardziej jednak fascynowała jego twarz. Długie, kasztanowe włosy spływały po jego ramionach, a grzywka zasłaniała w całości lewe oko. Widzieliśmy więc tylko prawe oko- ciemne i spokojne. Artysta wymyśliłby lepsze porównanie, jednak nam ta ciemność kojarzyła się z ciemnością, która panowała w piwniczce na wino. Często baliśmy się tam schodzić, a jednak zawsze znajdowaliśmy tam coś miłego, co mogliśmy następnie wypić, siedząc na klifie.
Pierwszy z szoku wybudził się Gabriel:
- Przepraszam... Kim pan jest?
Obcy chłopak przyjrzał mu się badawczo, po czym spokojnie odpowiedział, patrząc na wszystkich:
- Nazywam się Hans i od dzisiaj będę was szkolić. Wasz dawny nauczyciel, Hubberon, zastąpi mnie przez pewien czas na północy -gdy zobaczył, że żaden z nas nie odpowiada i się nie uśmiecha, odgarnął włosy z twarzy i naszym oczom ukazała się mięsna miazga w miejscu, gdzie kiedyś było oko.- No... Przynajmniej, póki to się dostatecznie nie zrośnie.
Po chwili weszliśmy do sali i zaczęliśmy zajęcia. Chodź Starszy Hans wyjaśnił nam, że po zdaniu egzaminu, nasze szkolenie będzie trudniejsze, wszystko szło nam o wiele łatwiej. Nikt nie krzyczał po nas i nie wywoływał presji. Czas minął nam naprawdę dobrze i nawet, gdy Lucius wylał przez przypadek kwas fosforowy, Hans nie złościł się, tylko spokojnie kazał mu to posprzątać. Po zajęciach nasz nauczyciel nie został w sali, tylko wyszedł razem z nami na popołudniowy posiłek.
- A kto będzie leczył Twoje oko, Ojcze Hans? -Lajserg zaryzykował, przechodząc na bardziej koleżeńskie stosunki.
- Wasza gosposia doskonale zna się na takich rzeczach, a Starszy Nekromanta z waszej katedry potrafi zastosować zaklęcia uzdrawiające -odrzekł Starszy, nie zważając na zuchwałość chłopaka.- Poza tym wasz młodszy medyk też jest całkiem obiecujący.
Zatrzymaliśmy się jak jeden mąż, marszcząc brwi. Nikt z nas nigdy nie widział u nas żadnego medyka, nie licząc Beth. A w dodatku chłopca w ich wieku? Na pewno zauważyliby go w katedrze. Zauważywszy to zdziwienie Hans, dodał spokojnie:
- Przecież ten chłopiec, który nie zdał egzaminu, nie mógł tak po prostu zniknąć, prawda?
Zdziwienie, a zarazem ogromna radość napełniła nasze serca. Jacy byliśmy głupi! Patrzyliśmy sobie w oczy, uśmiechając się szeroko i nie mogąc powiedzieć słowa. Pierwszy ocknął się Mały Knut:
- A to skubaniec. Żyje.
Rozdział Czwarty
...raz miałam jednego z tatuażem w kształcie czaszki. Rżnął mnie jak dziki, aż siano z worka wysypał...
~Beth
W pierwszej chwili myślał, że Starszy Nekromanta się go pozbędzie. Hubberon kazał mu posprzątać stoły reszty uczniów, a na koniec pozbierać składniki z ołtarza i umieścić je w odpowiednich dla nich miejscach. Chłopakowi trzęsły się ręce, a krople potu spływały po jego twarzy, manewrując między pryszczami. Wreszcie przybył Starszy Nekromanta.
Był on człowiekiem starym, ale w żadnym razie jego starość nie odznaczała się słabością. Wysoki, zawsze wyprostowany i pełen gracji, ze strumieniem szarych włosów, które spływały po jego ramionach, aż do połowy pleców. Nosił cienką, drogą szatę, na której zawsze rysował się kształt butelki od koniaku. Widywaliśmy go rzadko i nie mogliśmy powiedzieć o nim wiele, więc nasza wizja Starszego Nekromanty została nakreślona przez starszych uczniów. Zachowywał on ponoć pozory spokoju, cokolwiek to znaczy. Choć w towarzystwie nigdy tego nie okazywał, często wrzeszczał na swoich podwładnych, rzucając i niszcząc wszystkie meble w swojej komnacie. Jeden z naszych najstarszych kolegów, Bezzębny John, powiedział nam kiedyś, że Starszy Nekromanta bardzo często posuwał Beth, jednak teraz już tego nie robi, bo jest stary. Jedną z największych tajemnic naszej katedry było imię Starszego Nekromanty. Legenda głosiła, że jest on bardzo potężnym magiem i ukrywa swoje imię, żeby świat nie chciał go zgładzić. Prawda okazała się mniej imponująca i przedstawił nam ją również Bezzębny John: Starszy Nekromanta nosił imię Willy Śmierdzibrzuch i był to jedyny powód, dla którego nikt nie mógł poznać prawdy.
Agryppa skulił się, a mężczyźni podali sobie dłonie. Nie zważając na przebywającego przy nich chłopca, zaczęli dyskusję:
- Hubberonie, dziś ten wielki dzień, prawda? -uśmiechnął się Starszy Nekromanta, odsłaniając rząd szarych zębów.- Wszystko już przygotowałeś?
- Tak... -syknął z niesmakiem Hubberon, a następnie klepnął mocno Agryppę w plecy.- Ale o tym później. Ten tutaj nie zdał egzaminów i Hans nie będzie miał z niego żadnego pożytku.
- To straszne, że Jerkeshi zsyła na nas kontrolę. Ten cały Hans nie ma nawet dwudziestu pięciu lat, smarkacz.
Ojciec zwężał nieco powieki, widocznie nie chcąc ciągnąć dalej tego tematu. Przez kilka minut zapanowała cisza, po czym Starszy Nekromanta westchnął cicho i poklepał Agryppę po ramieniu:
- Dobrze, mały. Zaprowadzę Cię do twojego nowego pokoju.
Nowy pokój? Chłopak był naprawdę zdziwiony. Choć opowieści o uczniach, którzy nie zdali egzaminów, były często przesadzone i nierealne, Agryppa był pewny, że czeka go los nieszczęśnika. Po chwili jednak strach powrócił. A co jeśli jego nowy pokój okaże się komórką na miotły, gdzie zostanie zamurowany, a jego duch posłuży do obrony katedry? To było dość prawdopodobne.
Starszy Nekromanta powiódł go korytarzami, które odwiedzał niemal codziennie. W końcu znaleźli się we wschodniej części budynku, w pobliżu krematorium, gdzie pracowała Beth. Korytarz był ciasny i pachniało w nim trutką na szczury. Wędrówka skończyła się niemal na końcu korytarza, gdzie mężczyzna otworzył starym, dużym kluczem, nieco zapleśniałe już drzwi. Przed nimi ukazał się mały, ale czysty pokoik. Było tutaj jedno okno z widokiem na drogę, słomiane łóżku i miednica.
- Tutaj możesz zabrać swoje rzeczy -rzucił od niechcenia Starszy Nekromanta.
Agryppa chwilę przyglądał się swojemu nowemu pokojowi. Choć warunki były lepsze od tych, do których przywykł, dalej nie rozumiał niczego z tego, co się dzieje.
- Nie mam żadnych rzeczy -powiedział cicho, starając się nie zwracać na siebie żadnej uwagi.
- No cóż... W takim razie niedługo jakieś zdobędziesz. Praca w katedrze umożliwia zdobycie tego i owego. Swego czasu Beth zdobyła tyle pieniędzy, że stać ją było na flaszeczkę elfich perfum, gdy przybyli nasi kupcy z towarami. Sam nie wiem, jak ona to robi -rozgadał się mężczyzna, prowadząc chłopca do pokoju medycznego.
- Beth? Twierdzi pan, że mam jej pomagać? -spytał całkowicie zaskoczony Agryppa.
- Owszem, a czego się spodziewałeś? Że zamurujemy Cię w komórce na miotły?
- Emm... Właściwie to...
- No nic... -Starszy Nekromanta zapukał do drzwi Beth.- Przedstaw się i powiedz, że od dzisiaj masz jej pomagać. Tu masz klucz do nowego pokoju i powodzenia.
Agryppa stał osłupiały, gdy mężczyzna oddalał się szybkim krokiem. Jeszcze przed chwilą bał się, że nie doczeka kolejnego dnia. Teraz jednak miał przed sobą mnóstwo możliwości. Drzwi otwarły się ze zgrzytem i powoli, a przed chłopakiem stanęła Beth.
Jej średniej długości, kręcone, rude włosy były spięte w nieco krzywy kok. Pulchna twarz z widocznymi zmarszczkami i kilkoma myszkami, na których niekiedy pojawiały się włosy, nie prezentowała niczego prócz znudzenia codziennością. Miała na sobie szary fartuch z grubego materiału, który musiał być rozpięty w miejscu piersi, gdyż nie obejmował ogromu jej biustu. Na stopach nosiła zużyte już kapcie z jeleniej skóry. W końcu przemówiła.
- Czego? -zapytała szorstko, choć jej złość nie była ukierunkowana na chłopaka.- Złamanie, przegrzanie organizmu, czy znowu Mały Knut zwymiotował?
- Emm... No bo... -Agryppa nie wiedział jak zacząć.- No bo ja nie zdałem egzaminu i mam od dzisiaj pomagać. Znaczy pani pomagać.
Chłopak nie musiał przedstawiać się Beth. Choć nie rozmawiali ze sobą często i zwykle widywali się tylko w towarzystwie innych uczniów, pielęgniarka doskonale znała imiona każdego, kto znalazł się w katedrze. Czasem, gdy była nieco wypita, potrafiła wypaplać wszystko, co działo się w tym miejscu. Była plotkarką, która nigdy nie mogła się zrealizować przez brak innych kobiet w Bractwie.
Jej brwi uniosły się do góry i odsunęła się nieco, by przepuścić chłopca do środka.
- Pierwszy raz tak się dzieje, by kogoś mi tu wysłali. Zwykle uczniowie mają mi pomagać za karę i tylko na jakiś czas. No, ale w tym wypadku, chyba poznamy się trochę lepiej.
Agryppa nie był pewny, co oznacza poznanie się trochę lepiej, więc stał na środku pokoju i rozejrzał się. Pokój medyczny był wypełniony regałami z przeróżnymi woreczkami, fiolkami, dziwnymi przedmiotami i bandażami, z których trzeba było przebierać i wybrać ten najczyściejszy. W kącie stał nieużywany od lat i pokryty kurzem stół operacyjny z kajdankami i pasami, które miały przytrzymać klienta w jednym miejscu. Naprzeciw dużego, dobrze wyczyszczonego okna (jednego z niewielu, które dało otwierać się w katedrze) było biurko Beth. Z jasnego drewna, na którym zawsze piętrzyły się stosy karteczek i pergaminów. Ich głównym celem było zasłonięcie książki, którą Beth akurat czytała. Kilka lat temu zrezygnowała jednak z wszelkich form maskowania się ze swoim lenistwem i prócz większości papierów, zniknęło też niewygodne, lekarskie krzesło. Zamiast niego pojawił się ogromny, miękki fotel z podstawką na wyciągnięte nogi.
Agryppa spędził długą rozmowę z Beth, która przyniosła mu dość niski taboret, na którym mógł usiąść. Chłopak dowiedział się, jakie obowiązki ma pełnić i jak się do nich przykładać. Prawdę mówiąc, najważniejszą zasadą, jaką miał przestrzegać, było robienie czegoś, gdy w pobliżu jest któryś z Ojców. Na początku każdego tygodnia Beth miała dawać mu listę zadań, które miał wypełnić. Wprawdzie robota ta była często obrzydliwa, to miał dla siebie znacznie więcej czasu, nic wówczas, gdy był uczniem. Poza tym, mógł zabierać wszystko, co znalazł podczas pracy, a pomagając w kuchni, zawsze mógł pierwszy wybrać sobie jedzenie.
Po ustaleniu wszystkiego, chłopak rozluźnił się na tyle, by pozwolić sobie na powiedzenie Beth najnowszej plotki: tego, co usłyszał z ust Starszego Nekromanty, który rozmawiał z Hubberonem. Pielęgniarka skwitowała to machnięciem ręki:
- Ta katedra od lat nie wyszkoliła nikogo na tyle potężnego, by w jakiś sposób przydał się Bractwie Czerwonego Lisza. Prawda jest taka, że ta organizacja traci na znaczeniu. Napadają na karawany handlowe, a i też tylko na te mniejsze. Prawdziwi nekromanci łupią krasnoludzkie skarbce i podbijają ludzkie miasta, a my siedzimy w tej katedrze i nikomu nie chce się sprawdzić, co tu robimy. Tak mało jesteśmy znaczący dla świata.
Pomimo tych słów, Agryppa położył się do spania z lekkim sercem. Może to przez samogon wypity razem z Beth, a może przez radość z powodu dalszego życia, niemniej jednak coś mówiło mu, że teraz wszystko zmieni się na lepsze. Zapach trutki na szczury nigdy nie był jeszcze tak przyjemny.
Ten koleś na początku się wypróżnia? I jeszcze się rękawkiem podtarł?? Czy źle zrozumiałem.
Bo jeśli nie to chyba pierwszy raz w życiu czytałem coś takiego
Jest nowa wersja dodatków WOTG oraz MWC. Naprawiony bug z brakiem obrazków postaci. Można rzezić kompa jednostki ile chcecie! Zapraszam do spróbowania MWC z WOTG erą.